nie ma Boga fotografia reklamowa poznań
nie ma Boga tutaj poznań fotografia reklamowa
nie ma Boga wśród nas fotograf reklamowy
Kurwa, to już drugi dzień. Nie wiem co mam z tym zrobić, to cholernie niewygodne, momentami wręcz bolesne. Wszystko ze mną OK, pociupciam sobie, czasem zadowolę się sam, więc to nie z braku. Tylko nie mówcie, że od jazdy na ręcznym. Kiedyś były takie lekcje, przygotowanie do życia w rodzinie, czy inny badziew „o seksie”, a de facto o trzymaniu rączek na kołdrze, plugawej pornografii, potrzebie założenia rodziny którą nosi w sobie Każdy. W życiu bym się nie hajtnął, żeby mi panna obciągnęła na imprezie, a wy? A tak na marginesie, dla smaczku dodam, że w moim przypadku owe zajęcia prowadziła aktywna działaczka ZChN. Nic dodać, nic ująć. Więc wracając, nasłuchałem się, że od walenia konia to się ślepnie, włosy wypadają, ręce usychają, z nieba spadają płonące biblie, i generalnie zostaje się zwyrolem i zbokiem. Podobnych pierdów już nie zniosę, więc, albo pomódlcie się za moją masturbowaną duszę w ciszy, albo spierdalajcie. To już drugi dzień, i ani chwili spokoju. Szukałem w jakich poradach medycznych, ale znalazłem tylko herbatkę na zaparcia. Jestem krańcowo wyczerpany, nie spałem, nie da się. Spróbujcie się przewrócić na bok ze sterczącym wciąż drągiem, i nie jęknąć choćby przy tym. No cały czas mi STOI! To jest, kurwa, poważny problem. Wciągając dziś na tyłek spodnie poważnie obtarłem sobie interes. Odpada wyjście do sklepu, przejście choćby dziesięciu kroków generuje taki ból i dyskomfort, że ja pierdolę. Najdziwniej jest z oglądaniem telewizji. No bo dajmy na to, jest jakiś dokument o Margaret Thatcher, a mi w najlepsze nieco różowa, odrobinę purpurowa główka wygląda z krocza. Przy Margaret Thatcher, kumacie?! Albo oglądam jakiś program późną nocą, dajmy na to film kung-fu, i tam gość, prawdziwy facet, gąszcz na klacie, zarost taki, że bez pilnika nie podchodź, to walczy ten gość kopniakami z zombie, czy innymi ghulami, a mi przy każdym drgnięciu, rękę wyciągnę po kanapkę, zaraz fiut sprężynuje, i kiwa się jak łebek czajnińskiego plajstikowego pieska w poldku ojca. Co by nie mówić, to jednak telewizja dała mi najlepszą radę. Oglądałem seriale medyczne, znaczy wiecie, wszystkie te ostre dyżury, szpitale na wspólnej, kliniki pod złamanym aniołem, i nie uwierzycie, ale w jednym był taki przypadek jak mój! No, naprawdę, z życia wzięte. I tam laska... dostarczyła mi kilku fajnych przeżyć, tam, na kanapie. W każdym razie laska... mmm... Bladź! Laska kazała włożyć igłę w siutka. Ha, straszne nie? Ale to nie to. Powiedziała jeszcze, że gdyby spróbował najpierw sam, wiecie, załatwić to ręcznie, a nie czekać ileś godzin, to ta igła byłaby niepotrzebna. Z miejsca zabrałem się do terapii, korzystając, że serial generalnie był chyba o tej panience. I nawet trochę podziałało. Poczułem mniejsze napięcie, kutas trochę zmiękł, opuścił się lekko. Pomyślałem, że nareszcie, bo już tak mnie tam wszystko od tego stania bolało, i przecież ta krew która go pompuje musi się skądś brać, znając siebie, to pewnie z mózgu. Kurwa, ale on drgnął, raz i drugi, i uniósł się, i znów był tam. Dumny, wyprężony, żylasty chuj. Schowałem twarz w dłoniach, i głupio się przyznać, mało się nie rozpłakałem. Przewróciłem się na bok, i... BOŻE, co za BÓL. Znów go obtarłem, tym razem o oparcie kanapy! Pobiegłem z tym do kuchni, nad zlew, puściłem zimną wodę, poczekałem aż napłynie taka z głębiej położonych rur, wiecie, naprawdę Zimna, LODOWATA. Wsadziłem chuja w strumień. Wssss... Pierdolę! A najgłupsze w tym to, że miał ochotę na więcej, kumacie, ręcznie. Pieprzę, własnemu nie odmówię, a zresztą, może za którymś razem zadziała. Czwarty, piąty, szósty... dziewiąty, dziesiąty. Zadzwoniłem po dziewczynę. Przyszła. Najpierw się śmiała, że nie noszę gatek, i to wybrzuszenie w spodniach. Czyżbym się cieszył ze spotkania? Pewnie, że się cieszyłem, miałem nadzieję, że po jej cipce, i ciasnym, ciasnym tyłeczku mi przejdzie. Miałem nadzieję, że Ona przyniesie mi ukojenie. Trochę jej wyjaśniłem, chyba zrozumiała to tak, że po prostu miałem na nią poważną chętkę. Zasłoniłem wszystkie okna, bo widok byłby nie najprzyjemniejszy. Zabraliśmy się do rzeczy. Bez ceregieli. To co w niej lubiłem, to właśnie fakt, że prędko była gotowa. Wsiadła na mnie i zaczęło się. „O, jaki jest duży! O, jest taaki Dużyyy! Jest OGROMNY, rozrywasz mnie! Tak, TAK, TaAAaK! Wypieprz mnie, wypierdol! Rżniesz mnie, przerżniesz na pół! Ty mnie przepierdalasz! Już, już, tak, jeszcze, jeszcze, jeszcze nie, tak, tak! Już'jeszcze-Nie!”. W mordę, posuwałem ją, ona mnie, obrabiałem jej tyłek jak tylko mogłem, to ona wskakiwała na mnie, ale za cholerę nie mogłem dojść. Istniała możliwość, że się wypstrykałem już na ręcznym. W końcu miała dość, ześlizgnęła się ze mnie, a on ciągle stał. Zapytałem o kakao, zgodziła się, ale za cholerę nie mogłem go tam wepchnąć. Jęczała i sapała, a ja starałem się go włożyć. Nie dało rady, był zbyt napuchnięty. „Co... co tam robisz Kochanie? Jak to nie możesz go włożyć?! Jesteś przecież w ŚRODKU! Naprawdę, czuję Cię w żołądku, w ŻOŁĄDKU! Aaa!!! Nie możesz dojść? Zaraz to załatwię!”. Znowu uciekła, wytarła go prześcieradłem i chwyciła ustami. Pożądliwie, łapczywie zaczęła ssać. Wytarła go, kurwa go wytarła. To mnie w niej wkurwiało. Inne panny brały od razu z pupy do buzi, ona nie, czyścioszka, miała opory. Ssała go i ssała, mruczała przy tym i się wiła, a głowa latała jej w górę, i w dół, i na boki. Coś nie zagrało. Pomijając, że nie mogłem skończyć, krocze bolało jak nigdy, a głowę starałem się wypełnić obrazami najlepszych scen z pornosów, to coś nie grało z nią. Przestała pomrukiwać, zwolniła, zaczęła cmokać. Wydawało mi się, że byłem już naprawdę blisko, przypomniał mi się najlepszy bzyk w moim życiu, i tego wspomnienia się trzymałem, już czułem, że z nim mogę skończyć, kiedy ona zwolniła i zaczęła CMOKAĆ. Wszystko uciekło, tylko chuj, jak stał tak stał. Podniosła głowę. Patrzyła chwilę na mnie. Nie wiedziała chyba co powiedzieć, i ja też nie miałem pojęcia, czy w ogóle coś powinienem. Widziałem tylko jak majstruje językiem w ustach, zupełnie jakby coś przylepiło jej się do podniebienia. „Dziwny smak, metaliczny trochę, co to jest... co jest, kurwa... KREW!”, zapaliła światło. Był WIELKI, kiwał się na boki, cały siny, miejscami purpurowy. Rzeczywiście, było trochę krwi, pękło jakieś niewielkie naczynko, na szczęście nie jedna z tych wielkich, nabrzmiałych żył. Zakryła usta dłonią, pobiegła do łazienki i opróżniła żołądek. Krew przestała się sączyć, ona przestała rzygać. Słyszałem jak mówi do siebie, jak chlipie. Potem do kogoś zadzwoniła, gadała chwilę. Siedziała tak jeszcze z kwadrans. Usłyszałem dzwonek. Drzwi łazienki otworzyły się szybko, przebiegła obok, nie spoglądając nawet w moją stronę. Już jej nie było. Odsłoniłem trochę okna, było ciemno. Resztka jakiegoś zimnego napoju z lodówki. Łyk dla mnie, zimna butelka dla Małego. Przez sterczącego chuja straciłem dziewczynę. Łyk dla mnie, chłodna butelka dla Małego. Straciłem ją wcześniej, bo po kogo zadzwoniła, czy raczej kto zadzwonił do moich drzwi? Taa, pewnie wcześniej już miała kogoś innego. Łyk dla mnie, butelka... butelka już była gorąca. Wyciągnąłem z szuflady Pisemka, otworzyłem na ostatniej stronie. Przecież byłem już blisko, gdyby tylko nie przestała. Numery do agencji, do sprośnych rozmów, o, tak były, kurwy amatorki. Zwykle tańsze, potrzebowały kasy na białko, piguły, czy na mleko dla dziecka. Spojrzałem na zdjęcie; nie najgorzej. Zadzwoniłem, ustaliliśmy rzecz szybko. Po pół godziny otworzyłem drzwi. Taksówkarz jeszcze patrzył jak otwieram. Uśmiał się kiedy zobaczył wybrzuszenie w portkach, pewnie jeszcze bardziej, jeśli powiedziała mu, że będzie wracać, za jakieś dwie godzinki. Gotowy facet, z tak sterczącym fiutem, prawie na wierzchu... trzydzieści sekund, tak na oko. A właśnie, że nie stary, to już drugi, nie, czekaj, jest po północy, więc na dobrą sprawę trzeci dzień. Byłem mile zaskoczony. Mimo, że babka dobiegała czterdziestki wyglądała wystrzałowo. Żadnych kurwiarskich kozaczków, żadnych oczojebnych tipsów, żadnych połyskliwych, plastikowych ozdóbek, czy materiałów. Na oko powiedziałbym, że to sekretarka, w jakimś nie najlepszym biurze, ale w żadnym razie nie kurwa.
- Wyglądasz zupełnie jak na zdjęciu, jak nie lepiej. Rzadko się zdarza takie coś.
- Jakie coś? Mówisz o mnie „coś”, czy masz na myśli sytuację sterczący fiutasku?
- Sytuację. - Kurwa jej mać – pomyślałem, ta, wiem, niezbyt inteligentnie, - i umie mówić suka. Żadne „Eee, szefie, ssać, czy szef woli w dupala”.
Powiedziałem jeszcze, że mi się podoba, na co stwierdziła, że mogę po nią najwyżej dzwonić, a jak jestem przy kasie, wziąć na łikend, i niech mi się nie wydaje, że gramy w jebanym Pritiłomen, czy jak. Wyjaśniłem sprawę, lepiej niż z moją, byłą już, dziewczyną. Uprzedziłem, że może być krew. Nie wyglądała na zaskoczoną. Chciała zatańczyć, ale raz, że nie miała do tego już ciała, a dwa, widziała, że pytong mi sterczy, i nie ma potrzeby tego przeciągać. Podeszła, klęknęła, zaczęła ssać. O taaak, wiedziała jak się za to zabrać. Dawało o sobie znać doświadczenie, te setki tysięcy obciągniętych kutasów. Spojrzałem na zegar, obrabiała gałę już z jakieś dwadzieścia minut. Podniosła na mnie oczy. Zwolniła, wzięła go w dłoń, trzepała. Zanim zaczęła lizać jajka, i znów ssać, powiedziała, że teraz dokładnie wie, rozumie dlaczego zaklepałem dwie godziny. Było mi coraz lepiej, zamknąłem oczy, i zacząłem odjeżdżać. Tym razem żadnego cmokania, kląskania czy siorbania, czyste profesjonalne ustne rżnięcie. Mmm, słyszałem siebie, byłem coraz głośniej. Uznałem, że najwyższa pora. Byłem zbyt zmęczony, więc to ona mnie dosiadła. Robiła cuda, całe to legendarne zaciskanie mięśni i inne czary. Kręciła dupcią jak nastolatka, nie jak rycząca czterdziestka. Dochodziłem, powoli dochodziłem, ale krzyczałem, darłem się, i czułem momentami taki przeszywający ból, że... kurwa mać! Darłem się, rzucałem bluzgami, chwytałem ją za biodra i nadziewałem mocniej i mocniej, aż musiała wyginać mi palce, i zabierać ręce.
- Doob-rze-ci?!
- Za-je-biś'ć-ciee...
- KA-Waał-sss-Cie-Bie-chło-Pa!
- Yhm-mm!
- Już?! Bę-Dzie-TE-RAZ?!
- Yhm-mmmm... KURWAAA!!!
Słowo daję, doprowadzałem siebie, i kurwę! Doprowadzałem kurwę, czy ktoś w ogóle wcześniej kiedykolwiek tego dokonał? Już czułem zbliżający się spust, chwyciłem ją za cycki. Ale wyła! Mnie zostało tez już niewiele. PIZDUT! Poszła szyba! Kurwa, co się stało, KURWA! Spadła ze mnie, wyrżnęła głową w stolik. Na podłodze masa potłuczonego szkła, a na łóżku, wyczułem stopą, patrzę, leży cegła. Co jest, kurwa?! Okazało się, że dwie godziny nam prędko zeszły, taksówkarz, może jej alfons, czy bodyguard w jednej osobie, czekał pod domem, a byliśmy tak głośno, że cała ulica nas słyszała. Rozumiecie, ludzie z naprzeciwka w oknach, sąsiad wali w ścianę, inny w podłogę, inny w sufit. Taryfiarz stał pod oknem i się przysłuchiwał, i było mu chyba dziwnie, nigdy czegoś takiego nie słyszał. Sąsiedzi zresztą też, wyszli z mieszkań, z domów, walili w drzwi. Nic nie słyszeliśmy, byliśmy na maksa zajęci sobą, na MAX'a! Teraz wybili szybę i dobijali się dalej, coś im tam odkrzyknąłem, podbiegłem po szkle, do kurwy, a ona cała zalana krwią. To teraz rzeczywiście kogoś upierdoliłem. Nie, podnosi się, i co... co mówi? Krew się jej sączy ze łba, włosy ma nią polepione, kawałki szkła, i jakichś brudów z podłogi na policzku, i co mówi?! „Ale mnie boli CIPA!”. Chwilę się śmiejemy, ale ona patrzy na podłogę, na krew, na rozjebany stolik, na szkło. Przeczesuje ręką włosy i wyciąga, ohyda, kawał skóry z kępą, pokaźną, włosów zlepionych krwią. Chryste, kurwa, co za wrzask. Już druga dupa mi ucieka, wybiegam za nią, w ledwo naciągniętych portkach, i wpadam na zszokowanych sąsiadów. Widzę tylko jak kurwa biegnie ulicą, ktoś za nią, i krzyczy że powinna jechać na pogotowie. Taksiarz przez krótko-kurwa-falówkę wzywa policję, wojsko, straż pożarną, proboszcza i samego pana, kurwa, boga. A mnie szarpie sąsiad jeden z drugim. Zrzucam ich ze schodów, i nie próbują więcej. Jeszcze jakaś matka z bachorami, z bliźniaka obok, drze ryja, że morderca, że na policję, kryminał, kurwa jej, pierdolona mać. I mam jej tak dosyć, że w pizdu, opuszczam spodnie i prezentuję sterczącego chuja w kolorze; jeżynka z maliną wpadły pod samochód. Najmniejsza córa łapie mamę za kieckę i przeraźliwie, piskliwie krzyczy. Chłopak, tak osiem, dziewięć lat zgina się w pół i rzyga. Sąsiedzi dębieją. Taksiarz ucieka. Jest już policja.
- Proszę natychmiast podciągnąć spodnie
- Słucham?
- Spodnie!
Rzeczywiście, stoję z opuszczonymi gaciami. Nie dotarło do mnie, jak patrzyłem czyja pała większa, moja, cholerne utrapienie, czy gliniarska. Chwytam szybko portki, naciągam na tyłek, i JA PIERDOLĘ, DOSYĆ, KURWA, DOSYĆ! Przycinam sobie fiuta zamkiem, naprawdę, kurwa. Leżę tam, na schodach, i kwiczę, z chujem ciągle na wierzchu. Sąsiad zemdlał, ludzie się pochowali, jeden policjant stara się podnieść omdlałego, drugi patrzy na na mnie tępo. No pomóż mi skurwysynu! W końcu wciąga mnie do domu, a żebyście słyszeli jak przy tym klnie, i jakie ma gały jak patrzy na moją gałę. Jezu, ale na mnie patrzą. Chyba tylko dlatego, że są w szoku nie ciągną mnie do suki. Tłumaczę wszystko jak tylko potrafię, a oni patrzą; na mnie, na zdemolowany pokój, rozłożony, złamany w pół tapczan, kanapę, kurwa, jakkolwiek się to nazywa jest zepsute, rozjebane, wcześniej tego nie zauważyłem. Patrzą na cegłę, na szkło, na krew na podłodze, na rozwalonym stoliku, na pościeli. Słuchają i gapią się na to wszystko, na mnie, na moje nabrzmiałe ciągle portki. I nie wiem kiedy zaczynam się rozklejać, płakać, i smarkać i te wszystkie rzeczy. Odprowadzają mnie w końcu do suki, ale stanęło na tym, że jedziemy do szpitala. Chyba przez litość. Tam jeden ze mną zostaje, aż nie przyjdzie lekarz. Ale lekarz jest zajęty, w ogóle wszyscy są zajęci, jest późna noc, zaraz będzie wczesny ranek. Był jakiś wypadek, taksówka potrąciła biegnącą ulicą kobietę, wpadł na nich autokar; dziewczynki z jakiejś szkoły katolickiej, na jakiejś wycieczce, ale gdzie one jechały w środku nocy? Nie ważne, autokar wypadł z drogi, rozpieprzył komuś płot, jakaś ferma kur, wszystko się zapaliło. Blondyneczki w granatowych spódniczkach i białych bluzeczkach w ogniu, wszędzie biegające płonące kurczaki, smród przypalonych jajek. Już nic nie powiedziałem. Przyszedł w końcu lekarz, policjant się ode mnie uwolnił. Usłyszałem kilka mądrych słów, że mogłem przyjść wcześniej, że przyjmą mnie, ale dokumenty będę musiał donieść, biurokracja. A, i oczywiście, że wsadzą mi grubą igłę w cewę! Pierdolę! I mam poczekać, jest straszny bajzel w związku z tym wypadkiem, i za jakieś dwie trzy, godzinki ktoś do mnie przyjdzie. Jest, kurwa, czwarta, przepraszam, dochodzi piąta rano. Jestem zmęczony, fiut mnie boli. Wstaję, gramolę się do wyjścia. Wolno idę przez miasto. Jak już będzie dobrze, wrócę i kupię czereśni, ceny są atrakcyjne. Powietrze jest chłodne, przyjemne na spoconym ciele. Chcę się wykąpać, może uda się zasnąć, jeśli tylko nie będę się za bardzo kręcił. Chuj ociera się wewnątrz o pieprzone jeansy, boli cholera, ale jeszcze tylko kilka kroków do domu. I już. Jestem. Wybite okno, burdel, no i tak, złamany tapczan nie ma na czym spać. Zamiatam, już nago, ludzie gramolą się do roboty, zaglądają z ulicy przez wybite okno. Robi się cieplej, na drogach ruch. Papierowy ręcznik, woda utleniona, bandaż... Nie ma wody utlenionej, jest wódka. Bandaż też wyszedł, rwę koszulę. Pudełko do szycia, pudełko do szycia, gdzie ono jest... Jest gorąco, jest południe, czas leci jak pojebany, cały się lepię, mam dosyć. Rozłożyłem wszystko na parapecie w kuchni. Kurwa, to już trzeci dzień, południe. Gapię się na przejeżdżające samochody. Wykałaczka? Nie, to zawsze drewno, może się złamać. Biorę grubą, długą igłę do szycia skóry, czy jeansu. Odkładam. Jeszcze łyk wódki, trochę na igłę, trochę na fiuta. Powoli, spokojnie. Kurwa, ale mi się trzęsie ręka, muszę sobie pomóc drugą. Powoli. Boże, co ja, kurwa, robię?! Powoli, wchodzi, prosto przez cewę. Piecze, piecze... już jest dobrze. Boli, ale trzeba wytrzymać. Już prawie. Jest trochę krwi, ale już do połowy weszła... Szsss, jeeezuuu... Wyciągam, idzie powoli, ciężko. Wyszła, upadła na podłogę, podnoszę odkładam na papierowy ręcznik, w razie jakby jeszcze była potrzebna. Krew, jest dużo krwi, i wszystko w środku piecze. Kurwa, wykrwawiam się, wykrwawiam! Już cała, poszedł ostatni kawałek koszuli. Stoi, pluje krwią, podryguje. Każde drgniecie, uniesienie, i wypluwa z siebie strumyczek krwi. Ale opada, jest mniejszy. Boli jak skurwysyn, ale opada. Wszystko kapie na podłogę. Patrzę na słońce, na samochody. Nie chcę umrzeć w kuchni, jeśli mam umrzeć. Co też pierdolę. Chcę usiąść w fotelu, podnoszę się, robię kilka kroków, jest ciężko. Krwi jest już mniej, ale ciągle kapie. Chwytam brudną ścierkę do naczyń, przytykam do małego. Nie dojdę do fotela. Kładę się na podłodze. Jest zimna, wywołuje lekki skurcz. Leżę, kulę się w kłębek. Wokół strzępy koszuli, wszędzie jucha. Leżę, boli mnie, jestem zmęczony, ale jest już, kurwa, dobrze. Jest po wszystkim. Gdzieś pobzykuje mucha, nie chce mi się głowy odwracać. Siada na mnie, ledwie ją odganiam. Siada na zaczerwienionym wspomnieniu koszuli. Bada wszystko swoją trąbkowatą mordką, wlepia we mnie ulepione z tysięcy punkcików oczka. Spija krew z materiału. Smakuję jej.