Starczy splunąć. Wyrastają wszędzie. Bez oczu, bez ramion, pozbawione głosu, pozbawione nadziei. Zdechną. Wyglądam przez zakratowane drzwi, ulice są ich pełne. Wystarczy splunąć, a urodzą się, pod podeszwami, w kałużach, w deszczu tęczowo mieniącym się olejem, i będą cierpieć, tonąc, spływając do ścieku, by za moment zdechnąć. Miałem może sześć, nie, siedem lat. Słońce wylało się zza chmury, deszcz ustąpił. Otworzyłem okna, wysokie, drewniane, gubiące kit i łuszczącą się białą farbę. Z otwartymi ustami, zachwycony zapachem, ciepłem słońca na twarzy, patrzyłem w niebo. Wybiegłem z kamienicy, wskoczyłem w kałużę, pobiegłem po czerwonym błocie, po ulicy brukowanej kocimi łbami, w stronę domu, to było jakiś czas zanim spłonął, zostawiając wypalone, ceglane ściany, i coś wypalonego we mnie, pobiegłem wabiony zapachem ziemi, mokrych kamiennych schodów, szyn, wagonów, podkładów. Stanąłem na skraju rowu. Chwilę wpatrywałem się, po czym skoczyłem weń. Grzązłem. Dłonie pełne miałem mokrej ziemi. Wyciągałem ręce, zaciskałem palce, próbowałem się podciągnąć, może podskoczyć. Osuwałem się tylko z garściami pełnymi cholernej ziemi. Chodziłem w tę i z powrotem, wchodziłem w odgałęzienia, stawałem naprzeciw ściany, wracałem. Trafiłem na odsłoniętą żeliwną rurę, przecinała rów na wysokości mojej głowy. Wdrapałem się na nią, potem na brzeg rowu, pełzłem odpychając się łokciami. Stanąłem na skraju rowu. Chwilę wpatrywałem się, po czym splunąłem weń, w błoto, wodę zbierającą się na dnie. Chwilę wpatrywałem się, po czym odszedłem. I dziś spluwam przez zęby w kałużę, i dziś czuję, że dłonie pełne mam mokrej ziemi. Chowam je więc ze wstydem, głęboko w kieszeniach, czyste. Prę przed siebie, zamykam oczy, przełykam ślinę. Staram się nie myśleć, nie przyglądać się, jak rodzą się bez oczu, bez ramion, pozbawione głosu, pozbawione nadziei. Zdechną, jeśli nie dam im kawałka siebie, odrobiny serca. Zdechną na pewno. Mrużę oczy, słońce z policzków, z czoła spływa w oczodoły. Odwracam się, skręcam, kluczę. Nie chcę mieć ze słońcem nic wspólnego.
Mercedes, Ty jesteś Mercedes, kiedy spuszczasz mi lanie, jesteś Mercedes węglem kreśląc moją twarz na ścianie, sprawiasz, że znikam w ogniu i dymie, jesteś Mercedes, gwałcisz i opluwasz, pytasz czy chcę jeszcze, Ty jesteś Mercedes, karmisz mną czerwie w duszne, lipcowe noce, Mercedes, To, cokolwiek między nami jest, Mercedes, jesteś Ty i Twoje, Tobie należne.
Mercedes, Ty jesteś Mercedes, kiedy pieniądze, pieniądze, pieniądze, i kiedy żerują mureny, bo Mercedes, Kochanie, jesteś wielka, jesteś piękna, jesteś idealna stąpając ponad Mercedes, wyniesiona ponad pieniądze, pieniądze, pieniądze, czy cokolwiek co było i jest, i co tylko może się przyśnić między październikiem a lutym, Kocham Cię Mercedes i Tobie podobne.
Mercedes, Ty jesteś Mercedes, kiedy seks, miłość, gorąca pościel, lepkie prześcieradło, jesteś Mercedes zostawiając kochanka, uwodząc jesteś Mercedes, kołysząc biodrami, sięgając niżej, nic ponad Mercedes, nic co można zjeść, wypić, czy zażyć, nic równego Mercedes mieszczącego się w szkle, strzykawce, pod językiem, bowiem Ty jesteś Mercedes, dając najczystszą rozkosz.
Alleluja, kurwa mać! Mercedes i Amen!
DDT >>
16 lipica 2009 14:26
nie ma Boga
nie ma Boga tutaj
nie ma Boga wśród nas
Szeptem, zmierzchem, nibynóżki, nibystópki, atłasowe buciki, czy boso po trawie, z rosy tańczącymi ognikami w jagodowych oczkach, nibynóżkami, nibystópkami, jak wierzbowymi witkami, biegną, tańczą maszerują, spacerują w chłodnym świetle trzech czwartych miesiąca. Wbiegają chmarą, cisną się przez drzwi, nie zwracają uwagi na karteczkę; „Piszę, wypierdalać!”, czy na jej odwrotną stronę, „Wypierdalać!”. Obsiadają mnie, te ich słodkie, małe dupeczki. Wymachują nóżkami, szczerzą się do siebie i szepczą mi na ucho. „Chodź z nami, chodź z nami. Zatańczmy nago na szpilce. Wybierajmy jaja z ptasich gniazd. Zróbmy figla, zróbmy figla!”, i wierzcie mi, cholera, jaka mnie wtedy ochota nachodzi na niewinnego figla. Trójka dyktuje nam rytm, w ustach chwieje się wykałaczka, a gdy przeciągam się czasem, lecą z ramion roześmiane panienki, padają na ziemię, obciągają spódniczki, udają, że sięgają kolana. Masę mamy z tego śmiechu. Kładę się z nimi na podłodze, turlamy się w świetle monitora. Pierwszorzędna frajda, i moje nimfy, ja i wszystkie moje dziwki. Zastanawiam się późną nocą, co też czują ich ojcowie, jakim darzą mnie uczuciem, czy raczej jak silna jest ich nienawiść. Przecież wiedzą doskonale, muszą zdawać sobie sprawę co wyczyniam z ich córkami. Ich matki patrzą na nas pożądliwie. Lecę z krzesłem na bok. Rozcieram ból w skroni. Czuję jak wróbelki rozbudzają się w przełyku z tygodniowego snu. Wróbelki, bąbelki, sterczące cycuszki. Wszystko ma jakiś cel, niekoniecznie pomoc biednemu, leżącemu na boku z krzesłem. Z piętą podetknięta pod brodę, po raz pierwszy w życiu, budzi się we mnie natura społecznika, wielkiego pomagacza, jako, że nie ma nikogo innego pod ręką, komu można by przyjść z pomocą, zaszpanować kolorową peleryną, postanawiam pomóc sobie, wróbelkom w gardle i niesfornemu, podrygującemu sutkowi, podwójnemu sutkowi, sutkowi własnemu. Nie mogę zapewniać w nieskończoność o swojej miłości. Jeśli potrzeba jej dowodu uwolnię sutki. Nimfy kochają włochate sutki, owłosione uda, rozkrok z siekierą nad głową. Nimfy to kochają. „Zerżnij mnie, zerżnij mnie proszę. Teraz, dłużej nie wytrzymam”. Ech, te nimfy. Zaczynam mieć wątpliwości, czy przed moim wzrokiem, w mym własnym pokoju, nie kryje się stado koni. Jeżeli wilki żyją w ścianach, bo przecież czasem słychać z nich wycie, to koniki są w niebezpieczeństwie. Nimfy także! I JA! Jeżeli wilki żyją w ścianach, a żyją, sprowadziły je tam myszy, wcieliły w rolę bodygardów, bo te koty, to wszystkich nas czeka długa noc. Nakrywamy się kocem, licząc na fart, iż nie spostrzeże nikt pod kocem gromadki nimf, stada koni, i mnie. Ciasno, gorąco, parno. Wiotkie nimfy przemieszane ze zwierzęcym przerażeniem. Każdy chce się czasem wyrwać, zaludnić samotną wyspę, spaść z palmy, uchlać się, zaćpać, upodlić. Jedni nałogowo się masturbują, inni chleją, ja mam nimfy. I starczy, że odwrócę wzrok wybiegają z łóżka, mimo, iż zabroniłem, zakazałem się ruszać. Ruch, bieg, zgiełk. Tłumaczę tym ślicznotkom, że nie są koszerne, absolutnie nie są halal, a mój psychoterapeuta, gdyby jakiś był, poleciłby mi leki w związku z nimi. Nic nie dociera. Rude, blond, brunetki, żebyście widzieli jak na mnie patrzą. Kociaki. I tylko słyszę ich urocze „Hahaha”, i tylko „Zróbmy figla, zróbmy figla”. W ich rękach jestem najpiękniejszy, najjurniejszy, najmądrzejszy. To do mnie się zwracają, kiedy chcą zasnąć przy mężczyźnie. I mógłby ktoś ująć to tak; groupies. I pewnie miałby poniekąd rację. Są młodziutkie, śliczniutkie, wiotkie, gibkie, i mogę tak o nich w nieskończoność. Muszę się trzymać w ryzach, nie po ostatnich przeżyciach, nie po tym jak ustawiłem się trochę, i tego. A one się wiją, cycuszki mają takie twarde, a sutki im sterczą. DOBRY BOŻE! „Weź, zgwałć, ostro przeleć, zwiąż, zaknebluj, zbij”. Mówię; kochane, nie mam pomysłu na was, nie mam na pisanie, do roboty jakiej bym się musiał wziąć, a nie wykałaczkę mleć w gębie. Nic, nic absolutnie do nich nie dociera. Przebierają tymi ślicznymi nóżkami, zgrabnymi stópkami. Śliczne jak porcelanowe laleczki. Coraz bardziej, MOCNIEJ dobija się we mnie potrzeba spłatania figla, najmniejszego choćby figielka. I czuję je mocniej, namacalnie, pachnące miodem i wanilią. Nie wytrzymuję. Starczy im jedno spojrzenie, już jest cichutko. Grzeczniutkie siedzą z dłońmi na kolankach. Odprowadzają mnie wzrokiem, z lekkim uśmiechem. Stoją boso. Lekko w rozkroku, w tych jeansach wystrzępionych, z wiecznie rozpiętym guzikiem, suwak też zjechał do połowy. Przeciągam się, i obracam w gębie wykałaczką. Jeszcze raz okiem rzucam na ślicznotki, uśmiecham się, klepię po brzuchu. Już najwyższa pora, już najwyższy na to czas. Sięgam po długie, czarne, atłasowe rękawiczki.
Szeptem, zmierzchem wkradają się do mnie nimfy. Z nimi będę wesoły, z nimi się nie znudzę, z nimi nie zginę, będę szczęśliwy, choćbym gnił w rynsztoku.
nie mamy broni ani żadnych szans
kark zgięty z nawyku. oczy pod nogi. gardzę wami. krzywię się. nie podnoszę wzroku mijając was. dreszcze prostują kręgosłup. ołów w butach. nigdy nie zabraknie wam rąk, nigdy nie zabraknie wam pięści, nie zabraknie wam pary, żeby mnie udupić. podłe skurwysyny. nie marnowałbym nawet na was kul. chodziłbym od jednego, do drugiego, podrzynając gardła. patrzyłbym jak wierzgacie, jak ślizgacie się na własnej krwi. z przyjemnością
mieszkamy w lesie, który nie jest nasz
wiecznie się o to ocieram. a gdybym miał broń? większość, jakieś siedemdziesiąt procent się wiesza. to siedzi we mnie, i starczy, że zamknę powieki, odzywa się. kiedy pada deszcz, kiedy tłumaczę, dlaczego, kurwa, dlaczego nie potrafię normalnie żyć, uderza ze zdwojona siłą. to musi być jak wyrwanie zęba. bez znieczulenia. szkoda by słów. rozglądam się. rozgniatam kciukiem robala, ma białe flaki. tak, jestem pewien, że to jak wyrwanie zęba
nie mamy dzieci, co obronią nas
niewielki i ostry jak brzytwa. w zamyśleniu, gładząc delikatnie ostrze kciukiem, oddzielam kolejne płatki skóry, zostawiając palec nagim, różowiutkim, bezbronnym jak dżdżownica na jezdni. otwieram listy. informacja o zgromadzonych środkach; 0. ile zostało mi do emerytury, przewidywana długość życia na emeryturze. jałmużna; na co można liczyć, jeśli uzbiera się taką, a taką okrągłą sumkę. za takie pieniądze, gdzie indziej przeżyć Życie
najmniejszy oddział świata ...ty i ja...
nie ma dokąd uciec, nie ma miejsca, gdzie można się przed wami schować. dawno zawiodło krycie twarzy w dłoniach. tylko śmierć lub szaleństwo. nie ma leku na całe zło. rozpala noc, łagodzi sen. mocniej kołdrę, mocniej koc zaciągnąć na łeb. przespać to, albo wypocić. w zmiętej kołdrze, budzę się w południe, wyglądam za okno, zamykam okno. dzień, cały, przy opuszczonych roletach. małe blizny. zmrużone oczy. dzień, za kolejnym da się wytrzymać
nie mamy broni ani żadnych szans
żyjemy w lesie, który nie jest nasz
nie ma ratunku, nie ma ucieczki. szaleństwo. śmierć. tysiące, tysiące giną z własnej ręki. wszystko ułożone nad naszymi głowami. na naszych oczach. jak można to znieść?! trzeba być szalonym, albo na granicy szaleństwa. lub martwym
pokój wre
a wojna trwa
nie ma ratunku, nie ma leku na całe zło, nie ma ucieczki od zimna, lub od gorąca, od ludzi, śmierci, szaleństwa, ubezpieczycieli, emerytur, pracy, starości, nie ma ratunku przed gwałtem, nie ma ucieczki od przemocy! na kolana!
do snu zaśpiewam Tobie "summertime"
Kurwa, to już drugi dzień. Nie wiem co mam z tym zrobić, to cholernie niewygodne, momentami wręcz bolesne. Wszystko ze mną OK, pociupciam sobie, czasem zadowolę się sam, więc to nie z braku. Tylko nie mówcie, że od jazdy na ręcznym. Kiedyś były takie lekcje, przygotowanie do życia w rodzinie, czy inny badziew „o seksie”, a de facto o trzymaniu rączek na kołdrze, plugawej pornografii, potrzebie założenia rodziny którą nosi w sobie Każdy. W życiu bym się nie hajtnął, żeby mi panna obciągnęła na imprezie, a wy? A tak na marginesie, dla smaczku dodam, że w moim przypadku owe zajęcia prowadziła aktywna działaczka ZChN. Nic dodać, nic ująć. Więc wracając, nasłuchałem się, że od walenia konia to się ślepnie, włosy wypadają, ręce usychają, z nieba spadają płonące biblie, i generalnie zostaje się zwyrolem i zbokiem. Podobnych pierdów już nie zniosę, więc, albo pomódlcie się za moją masturbowaną duszę w ciszy, albo spierdalajcie. To już drugi dzień, i ani chwili spokoju. Szukałem w jakich poradach medycznych, ale znalazłem tylko herbatkę na zaparcia. Jestem krańcowo wyczerpany, nie spałem, nie da się. Spróbujcie się przewrócić na bok ze sterczącym wciąż drągiem, i nie jęknąć choćby przy tym. No cały czas mi STOI! To jest, kurwa, poważny problem. Wciągając dziś na tyłek spodnie poważnie obtarłem sobie interes. Odpada wyjście do sklepu, przejście choćby dziesięciu kroków generuje taki ból i dyskomfort, że ja pierdolę. Najdziwniej jest z oglądaniem telewizji. No bo dajmy na to, jest jakiś dokument o Margaret Thatcher, a mi w najlepsze nieco różowa, odrobinę purpurowa główka wygląda z krocza. Przy Margaret Thatcher, kumacie?! Albo oglądam jakiś program późną nocą, dajmy na to film kung-fu, i tam gość, prawdziwy facet, gąszcz na klacie, zarost taki, że bez pilnika nie podchodź, to walczy ten gość kopniakami z zombie, czy innymi ghulami, a mi przy każdym drgnięciu, rękę wyciągnę po kanapkę, zaraz fiut sprężynuje, i kiwa się jak łebek czajnińskiego plajstikowego pieska w poldku ojca. Co by nie mówić, to jednak telewizja dała mi najlepszą radę. Oglądałem seriale medyczne, znaczy wiecie, wszystkie te ostre dyżury, szpitale na wspólnej, kliniki pod złamanym aniołem, i nie uwierzycie, ale w jednym był taki przypadek jak mój! No, naprawdę, z życia wzięte. I tam laska... dostarczyła mi kilku fajnych przeżyć, tam, na kanapie. W każdym razie laska... mmm... Bladź! Laska kazała włożyć igłę w siutka. Ha, straszne nie? Ale to nie to. Powiedziała jeszcze, że gdyby spróbował najpierw sam, wiecie, załatwić to ręcznie, a nie czekać ileś godzin, to ta igła byłaby niepotrzebna. Z miejsca zabrałem się do terapii, korzystając, że serial generalnie był chyba o tej panience. I nawet trochę podziałało. Poczułem mniejsze napięcie, kutas trochę zmiękł, opuścił się lekko. Pomyślałem, że nareszcie, bo już tak mnie tam wszystko od tego stania bolało, i przecież ta krew która go pompuje musi się skądś brać, znając siebie, to pewnie z mózgu. Kurwa, ale on drgnął, raz i drugi, i uniósł się, i znów był tam. Dumny, wyprężony, żylasty chuj. Schowałem twarz w dłoniach, i głupio się przyznać, mało się nie rozpłakałem. Przewróciłem się na bok, i... BOŻE, co za BÓL. Znów go obtarłem, tym razem o oparcie kanapy! Pobiegłem z tym do kuchni, nad zlew, puściłem zimną wodę, poczekałem aż napłynie taka z głębiej położonych rur, wiecie, naprawdę Zimna, LODOWATA. Wsadziłem chuja w strumień. Wssss... Pierdolę! A najgłupsze w tym to, że miał ochotę na więcej, kumacie, ręcznie. Pieprzę, własnemu nie odmówię, a zresztą, może za którymś razem zadziała. Czwarty, piąty, szósty... dziewiąty, dziesiąty. Zadzwoniłem po dziewczynę. Przyszła. Najpierw się śmiała, że nie noszę gatek, i to wybrzuszenie w spodniach. Czyżbym się cieszył ze spotkania? Pewnie, że się cieszyłem, miałem nadzieję, że po jej cipce, i ciasnym, ciasnym tyłeczku mi przejdzie. Miałem nadzieję, że Ona przyniesie mi ukojenie. Trochę jej wyjaśniłem, chyba zrozumiała to tak, że po prostu miałem na nią poważną chętkę. Zasłoniłem wszystkie okna, bo widok byłby nie najprzyjemniejszy. Zabraliśmy się do rzeczy. Bez ceregieli. To co w niej lubiłem, to właśnie fakt, że prędko była gotowa. Wsiadła na mnie i zaczęło się. „O, jaki jest duży! O, jest taaki Dużyyy! Jest OGROMNY, rozrywasz mnie! Tak, TAK, TaAAaK! Wypieprz mnie, wypierdol! Rżniesz mnie, przerżniesz na pół! Ty mnie przepierdalasz! Już, już, tak, jeszcze, jeszcze, jeszcze nie, tak, tak! Już'jeszcze-Nie!”. W mordę, posuwałem ją, ona mnie, obrabiałem jej tyłek jak tylko mogłem, to ona wskakiwała na mnie, ale za cholerę nie mogłem dojść. Istniała możliwość, że się wypstrykałem już na ręcznym. W końcu miała dość, ześlizgnęła się ze mnie, a on ciągle stał. Zapytałem o kakao, zgodziła się, ale za cholerę nie mogłem go tam wepchnąć. Jęczała i sapała, a ja starałem się go włożyć. Nie dało rady, był zbyt napuchnięty. „Co... co tam robisz Kochanie? Jak to nie możesz go włożyć?! Jesteś przecież w ŚRODKU! Naprawdę, czuję Cię w żołądku, w ŻOŁĄDKU! Aaa!!! Nie możesz dojść? Zaraz to załatwię!”. Znowu uciekła, wytarła go prześcieradłem i chwyciła ustami. Pożądliwie, łapczywie zaczęła ssać. Wytarła go, kurwa go wytarła. To mnie w niej wkurwiało. Inne panny brały od razu z pupy do buzi, ona nie, czyścioszka, miała opory. Ssała go i ssała, mruczała przy tym i się wiła, a głowa latała jej w górę, i w dół, i na boki. Coś nie zagrało. Pomijając, że nie mogłem skończyć, krocze bolało jak nigdy, a głowę starałem się wypełnić obrazami najlepszych scen z pornosów, to coś nie grało z nią. Przestała pomrukiwać, zwolniła, zaczęła cmokać. Wydawało mi się, że byłem już naprawdę blisko, przypomniał mi się najlepszy bzyk w moim życiu, i tego wspomnienia się trzymałem, już czułem, że z nim mogę skończyć, kiedy ona zwolniła i zaczęła CMOKAĆ. Wszystko uciekło, tylko chuj, jak stał tak stał. Podniosła głowę. Patrzyła chwilę na mnie. Nie wiedziała chyba co powiedzieć, i ja też nie miałem pojęcia, czy w ogóle coś powinienem. Widziałem tylko jak majstruje językiem w ustach, zupełnie jakby coś przylepiło jej się do podniebienia. „Dziwny smak, metaliczny trochę, co to jest... co jest, kurwa... KREW!”, zapaliła światło. Był WIELKI, kiwał się na boki, cały siny, miejscami purpurowy. Rzeczywiście, było trochę krwi, pękło jakieś niewielkie naczynko, na szczęście nie jedna z tych wielkich, nabrzmiałych żył. Zakryła usta dłonią, pobiegła do łazienki i opróżniła żołądek. Krew przestała się sączyć, ona przestała rzygać. Słyszałem jak mówi do siebie, jak chlipie. Potem do kogoś zadzwoniła, gadała chwilę. Siedziała tak jeszcze z kwadrans. Usłyszałem dzwonek. Drzwi łazienki otworzyły się szybko, przebiegła obok, nie spoglądając nawet w moją stronę. Już jej nie było. Odsłoniłem trochę okna, było ciemno. Resztka jakiegoś zimnego napoju z lodówki. Łyk dla mnie, zimna butelka dla Małego. Przez sterczącego chuja straciłem dziewczynę. Łyk dla mnie, chłodna butelka dla Małego. Straciłem ją wcześniej, bo po kogo zadzwoniła, czy raczej kto zadzwonił do moich drzwi? Taa, pewnie wcześniej już miała kogoś innego. Łyk dla mnie, butelka... butelka już była gorąca. Wyciągnąłem z szuflady Pisemka, otworzyłem na ostatniej stronie. Przecież byłem już blisko, gdyby tylko nie przestała. Numery do agencji, do sprośnych rozmów, o, tak były, kurwy amatorki. Zwykle tańsze, potrzebowały kasy na białko, piguły, czy na mleko dla dziecka. Spojrzałem na zdjęcie; nie najgorzej. Zadzwoniłem, ustaliliśmy rzecz szybko. Po pół godziny otworzyłem drzwi. Taksówkarz jeszcze patrzył jak otwieram. Uśmiał się kiedy zobaczył wybrzuszenie w portkach, pewnie jeszcze bardziej, jeśli powiedziała mu, że będzie wracać, za jakieś dwie godzinki. Gotowy facet, z tak sterczącym fiutem, prawie na wierzchu... trzydzieści sekund, tak na oko. A właśnie, że nie stary, to już drugi, nie, czekaj, jest po północy, więc na dobrą sprawę trzeci dzień. Byłem mile zaskoczony. Mimo, że babka dobiegała czterdziestki wyglądała wystrzałowo. Żadnych kurwiarskich kozaczków, żadnych oczojebnych tipsów, żadnych połyskliwych, plastikowych ozdóbek, czy materiałów. Na oko powiedziałbym, że to sekretarka, w jakimś nie najlepszym biurze, ale w żadnym razie nie kurwa.
- Wyglądasz zupełnie jak na zdjęciu, jak nie lepiej. Rzadko się zdarza takie coś.
- Jakie coś? Mówisz o mnie „coś”, czy masz na myśli sytuację sterczący fiutasku?
- Sytuację. - Kurwa jej mać – pomyślałem, ta, wiem, niezbyt inteligentnie, - i umie mówić suka. Żadne „Eee, szefie, ssać, czy szef woli w dupala”.
Powiedziałem jeszcze, że mi się podoba, na co stwierdziła, że mogę po nią najwyżej dzwonić, a jak jestem przy kasie, wziąć na łikend, i niech mi się nie wydaje, że gramy w jebanym Pritiłomen, czy jak. Wyjaśniłem sprawę, lepiej niż z moją, byłą już, dziewczyną. Uprzedziłem, że może być krew. Nie wyglądała na zaskoczoną. Chciała zatańczyć, ale raz, że nie miała do tego już ciała, a dwa, widziała, że pytong mi sterczy, i nie ma potrzeby tego przeciągać. Podeszła, klęknęła, zaczęła ssać. O taaak, wiedziała jak się za to zabrać. Dawało o sobie znać doświadczenie, te setki tysięcy obciągniętych kutasów. Spojrzałem na zegar, obrabiała gałę już z jakieś dwadzieścia minut. Podniosła na mnie oczy. Zwolniła, wzięła go w dłoń, trzepała. Zanim zaczęła lizać jajka, i znów ssać, powiedziała, że teraz dokładnie wie, rozumie dlaczego zaklepałem dwie godziny. Było mi coraz lepiej, zamknąłem oczy, i zacząłem odjeżdżać. Tym razem żadnego cmokania, kląskania czy siorbania, czyste profesjonalne ustne rżnięcie. Mmm, słyszałem siebie, byłem coraz głośniej. Uznałem, że najwyższa pora. Byłem zbyt zmęczony, więc to ona mnie dosiadła. Robiła cuda, całe to legendarne zaciskanie mięśni i inne czary. Kręciła dupcią jak nastolatka, nie jak rycząca czterdziestka. Dochodziłem, powoli dochodziłem, ale krzyczałem, darłem się, i czułem momentami taki przeszywający ból, że... kurwa mać! Darłem się, rzucałem bluzgami, chwytałem ją za biodra i nadziewałem mocniej i mocniej, aż musiała wyginać mi palce, i zabierać ręce.
- Doob-rze-ci?!
- Za-je-biś'ć-ciee...
- KA-Waał-sss-Cie-Bie-chło-Pa!
- Yhm-mm!
- Już?! Bę-Dzie-TE-RAZ?!
- Yhm-mmmm... KURWAAA!!!
Słowo daję, doprowadzałem siebie, i kurwę! Doprowadzałem kurwę, czy ktoś w ogóle wcześniej kiedykolwiek tego dokonał? Już czułem zbliżający się spust, chwyciłem ją za cycki. Ale wyła! Mnie zostało tez już niewiele. PIZDUT! Poszła szyba! Kurwa, co się stało, KURWA! Spadła ze mnie, wyrżnęła głową w stolik. Na podłodze masa potłuczonego szkła, a na łóżku, wyczułem stopą, patrzę, leży cegła. Co jest, kurwa?! Okazało się, że dwie godziny nam prędko zeszły, taksówkarz, może jej alfons, czy bodyguard w jednej osobie, czekał pod domem, a byliśmy tak głośno, że cała ulica nas słyszała. Rozumiecie, ludzie z naprzeciwka w oknach, sąsiad wali w ścianę, inny w podłogę, inny w sufit. Taryfiarz stał pod oknem i się przysłuchiwał, i było mu chyba dziwnie, nigdy czegoś takiego nie słyszał. Sąsiedzi zresztą też, wyszli z mieszkań, z domów, walili w drzwi. Nic nie słyszeliśmy, byliśmy na maksa zajęci sobą, na MAX'a! Teraz wybili szybę i dobijali się dalej, coś im tam odkrzyknąłem, podbiegłem po szkle, do kurwy, a ona cała zalana krwią. To teraz rzeczywiście kogoś upierdoliłem. Nie, podnosi się, i co... co mówi? Krew się jej sączy ze łba, włosy ma nią polepione, kawałki szkła, i jakichś brudów z podłogi na policzku, i co mówi?! „Ale mnie boli CIPA!”. Chwilę się śmiejemy, ale ona patrzy na podłogę, na krew, na rozjebany stolik, na szkło. Przeczesuje ręką włosy i wyciąga, ohyda, kawał skóry z kępą, pokaźną, włosów zlepionych krwią. Chryste, kurwa, co za wrzask. Już druga dupa mi ucieka, wybiegam za nią, w ledwo naciągniętych portkach, i wpadam na zszokowanych sąsiadów. Widzę tylko jak kurwa biegnie ulicą, ktoś za nią, i krzyczy że powinna jechać na pogotowie. Taksiarz przez krótko-kurwa-falówkę wzywa policję, wojsko, straż pożarną, proboszcza i samego pana, kurwa, boga. A mnie szarpie sąsiad jeden z drugim. Zrzucam ich ze schodów, i nie próbują więcej. Jeszcze jakaś matka z bachorami, z bliźniaka obok, drze ryja, że morderca, że na policję, kryminał, kurwa jej, pierdolona mać. I mam jej tak dosyć, że w pizdu, opuszczam spodnie i prezentuję sterczącego chuja w kolorze; jeżynka z maliną wpadły pod samochód. Najmniejsza córa łapie mamę za kieckę i przeraźliwie, piskliwie krzyczy. Chłopak, tak osiem, dziewięć lat zgina się w pół i rzyga. Sąsiedzi dębieją. Taksiarz ucieka. Jest już policja.
- Proszę natychmiast podciągnąć spodnie
- Słucham?
- Spodnie!
Rzeczywiście, stoję z opuszczonymi gaciami. Nie dotarło do mnie, jak patrzyłem czyja pała większa, moja, cholerne utrapienie, czy gliniarska. Chwytam szybko portki, naciągam na tyłek, i JA PIERDOLĘ, DOSYĆ, KURWA, DOSYĆ! Przycinam sobie fiuta zamkiem, naprawdę, kurwa. Leżę tam, na schodach, i kwiczę, z chujem ciągle na wierzchu. Sąsiad zemdlał, ludzie się pochowali, jeden policjant stara się podnieść omdlałego, drugi patrzy na na mnie tępo. No pomóż mi skurwysynu! W końcu wciąga mnie do domu, a żebyście słyszeli jak przy tym klnie, i jakie ma gały jak patrzy na moją gałę. Jezu, ale na mnie patrzą. Chyba tylko dlatego, że są w szoku nie ciągną mnie do suki. Tłumaczę wszystko jak tylko potrafię, a oni patrzą; na mnie, na zdemolowany pokój, rozłożony, złamany w pół tapczan, kanapę, kurwa, jakkolwiek się to nazywa jest zepsute, rozjebane, wcześniej tego nie zauważyłem. Patrzą na cegłę, na szkło, na krew na podłodze, na rozwalonym stoliku, na pościeli. Słuchają i gapią się na to wszystko, na mnie, na moje nabrzmiałe ciągle portki. I nie wiem kiedy zaczynam się rozklejać, płakać, i smarkać i te wszystkie rzeczy. Odprowadzają mnie w końcu do suki, ale stanęło na tym, że jedziemy do szpitala. Chyba przez litość. Tam jeden ze mną zostaje, aż nie przyjdzie lekarz. Ale lekarz jest zajęty, w ogóle wszyscy są zajęci, jest późna noc, zaraz będzie wczesny ranek. Był jakiś wypadek, taksówka potrąciła biegnącą ulicą kobietę, wpadł na nich autokar; dziewczynki z jakiejś szkoły katolickiej, na jakiejś wycieczce, ale gdzie one jechały w środku nocy? Nie ważne, autokar wypadł z drogi, rozpieprzył komuś płot, jakaś ferma kur, wszystko się zapaliło. Blondyneczki w granatowych spódniczkach i białych bluzeczkach w ogniu, wszędzie biegające płonące kurczaki, smród przypalonych jajek. Już nic nie powiedziałem. Przyszedł w końcu lekarz, policjant się ode mnie uwolnił. Usłyszałem kilka mądrych słów, że mogłem przyjść wcześniej, że przyjmą mnie, ale dokumenty będę musiał donieść, biurokracja. A, i oczywiście, że wsadzą mi grubą igłę w cewę! Pierdolę! I mam poczekać, jest straszny bajzel w związku z tym wypadkiem, i za jakieś dwie trzy, godzinki ktoś do mnie przyjdzie. Jest, kurwa, czwarta, przepraszam, dochodzi piąta rano. Jestem zmęczony, fiut mnie boli. Wstaję, gramolę się do wyjścia. Wolno idę przez miasto. Jak już będzie dobrze, wrócę i kupię czereśni, ceny są atrakcyjne. Powietrze jest chłodne, przyjemne na spoconym ciele. Chcę się wykąpać, może uda się zasnąć, jeśli tylko nie będę się za bardzo kręcił. Chuj ociera się wewnątrz o pieprzone jeansy, boli cholera, ale jeszcze tylko kilka kroków do domu. I już. Jestem. Wybite okno, burdel, no i tak, złamany tapczan nie ma na czym spać. Zamiatam, już nago, ludzie gramolą się do roboty, zaglądają z ulicy przez wybite okno. Robi się cieplej, na drogach ruch. Papierowy ręcznik, woda utleniona, bandaż... Nie ma wody utlenionej, jest wódka. Bandaż też wyszedł, rwę koszulę. Pudełko do szycia, pudełko do szycia, gdzie ono jest... Jest gorąco, jest południe, czas leci jak pojebany, cały się lepię, mam dosyć. Rozłożyłem wszystko na parapecie w kuchni. Kurwa, to już trzeci dzień, południe. Gapię się na przejeżdżające samochody. Wykałaczka? Nie, to zawsze drewno, może się złamać. Biorę grubą, długą igłę do szycia skóry, czy jeansu. Odkładam. Jeszcze łyk wódki, trochę na igłę, trochę na fiuta. Powoli, spokojnie. Kurwa, ale mi się trzęsie ręka, muszę sobie pomóc drugą. Powoli. Boże, co ja, kurwa, robię?! Powoli, wchodzi, prosto przez cewę. Piecze, piecze... już jest dobrze. Boli, ale trzeba wytrzymać. Już prawie. Jest trochę krwi, ale już do połowy weszła... Szsss, jeeezuuu... Wyciągam, idzie powoli, ciężko. Wyszła, upadła na podłogę, podnoszę odkładam na papierowy ręcznik, w razie jakby jeszcze była potrzebna. Krew, jest dużo krwi, i wszystko w środku piecze. Kurwa, wykrwawiam się, wykrwawiam! Już cała, poszedł ostatni kawałek koszuli. Stoi, pluje krwią, podryguje. Każde drgniecie, uniesienie, i wypluwa z siebie strumyczek krwi. Ale opada, jest mniejszy. Boli jak skurwysyn, ale opada. Wszystko kapie na podłogę. Patrzę na słońce, na samochody. Nie chcę umrzeć w kuchni, jeśli mam umrzeć. Co też pierdolę. Chcę usiąść w fotelu, podnoszę się, robię kilka kroków, jest ciężko. Krwi jest już mniej, ale ciągle kapie. Chwytam brudną ścierkę do naczyń, przytykam do małego. Nie dojdę do fotela. Kładę się na podłodze. Jest zimna, wywołuje lekki skurcz. Leżę, kulę się w kłębek. Wokół strzępy koszuli, wszędzie jucha. Leżę, boli mnie, jestem zmęczony, ale jest już, kurwa, dobrze. Jest po wszystkim. Gdzieś pobzykuje mucha, nie chce mi się głowy odwracać. Siada na mnie, ledwie ją odganiam. Siada na zaczerwienionym wspomnieniu koszuli. Bada wszystko swoją trąbkowatą mordką, wlepia we mnie ulepione z tysięcy punkcików oczka. Spija krew z materiału. Smakuję jej.
Udawajmy przez chwilę, że to nie jest fikcja. Zapłaciłem Ci, i chciałem być za te pieniądze kochany. Za te, powiedzmy wprost, konkretne pieniądze. Kiedy wyszłaś z pociągu, miałem ochotę zaraz wziąć Cię, choćby na masce samochodu. Kurwa, jaka byłaś śliczna! Cycuszki nie znające pojęcia stanika, tyłek opięty ciasno jeansami. Serce stanęło mi w gardle. Wyglądałaś jak dwadzieścia tysięcy, kręcące tyłkiem na najseksowniejszych nogach jakie widziałem. Nie miałaś ochoty na rozmowy. Starałem się Ciebie objąć, skończyłem z Twoją ręką w kroczu. Potem, siedem najwspanialszych dni, w tym niemal dwa całe spędzone w wannie. Najdłuższe, najzgrabniejsze, najseksowniejsze nogi, jakie w życiu widziałem, oplecione wokół mojej szyi, oparte na ramionach, wszędzie, wszędzie było ich pełno. Na początku nie podobało Ci się, kiedy całowałem w szyję. Kiedy się sprzedaję, żadnego całowania, proste zasady. A pamiętasz, jak chciałaś pogonić koguta, bo myślałaś, że chce pożreć małe kurczaczki? Wiem, piszę chaotycznie. Nie jestem w stanie o Nas inaczej pisać, myśleć. Miałaś najśliczniejszy uśmiech, kiedy udało Ci się rozpalić ogień, i najsmutniejsze oczy, kiedy płakałaś, klęłaś, mówiłaś, że jesteś kurwą. Nie było o czym rozmawiać w samochodzie, zajęłaś się rozporkiem. Naprawdę było mi niezręcznie, kiedy potoczyło się to tak szybko, nie było w tym gry, nic z tego co stało się potem, nie było zamierzone. Dopiero widok saren wyrwał nas z konsternacji. Na marginesie, ciągle się uśmiecham wspominając, jak najpierw poddawałaś w wątpliwość istnienie tego słowa, następnie jego sens. Wpatrywałaś się w obłok kurzu za samochodem. Wielu rzeczy wypatrywałaś we wstecznym lusterku. Nie chciałaś przekroczyć progu drewutni, bałaś się siekiery. Kiedy przenosiłem Cię przez próg, Twoje oczy... Nie będę się sprzeczał więcej co w nich było, strach, niedowierzanie, czy... Sama rozumiesz. Tej pierwszej nocy, kiedy pozwoliłem Ci wybierać, nie liczyłem nawet, że zechcesz spać ze mną. Długo nasłuchiwałem Cię na schodach. Słyszałem jak oddychasz, wiedziałem, że patrzysz. Nie mam pojęcia jak się to stało i kiedy, że zsunąłem się w sen. Przebudzenie było najpiękniejszym, jakie życie może mężczyźnie w moim wieku zaoferować. Dzień który nie chciał się zacząć, i nie miał zamiaru kończyć. Wspólne robienie kanapek, sprzątanie ze stołu, wcale nie był tam najistotniejszy seks. Po tym co powiedziałem, starałaś się trzymać mnie na dystans. Ciężko udawać nieobecną obrabiając komuś fiuta. Wszystko co stało się potem w salonie było pomyłką, moim błędem. To z Twojej strony wyszło, żeby iść na spacer, jakbyś wiedziała, że to pomoże, że rozluźnimy się, i będziemy mogli się śmiać. Stając wieczorem w drzwiach, musiałaś zdawać sobie sprawę, że coś się zmieniło, że układ się posypał, że żadne z nas nie było już bezpieczne. Weszliśmy w te role zupełnie niechcący, nie możesz zaprzeczyć, nie chodziło o pieniądze, nie na tym etapie, nie w tamtym momencie, kiedy zapytałem o obiad. To było zupełnie odmienne od tego, co sobie zaplanowaliśmy. Chcę wierzyć, że spotkało nas coś wyjątkowego, że jest możliwa, nawet w naszej sytuacji, miłość, a jeśli nie ona, to choćby jakaś stabilizacja, nie jakiś układ. Nic głupiego nie było w tym co powiedziałaś o domu, o chęci rozpoczęcia takiego życia. I nie, nie sadzę, że cokolwiek zostało ustalone poza nami, że nie mamy na coś w tym względzie wpływu. Cały czas się łapię za łeb, Ty nie masz nadal naście lat! Nic mi w głowie nie rozjaśnia, że to marne półtora roku, to zupełnie nic nie zmienia. Nie chodzi mi o różnicę wieku. Kiedy się jest w takim jak ja, facet powinien się wyłącznie cieszyć, że potrafi jeszcze taką młodziutką ślicznotkę jak Ty zainteresować, tym bardziej zadowolić. Nie byłoby łatwo, już wtedy, gdy chciałaś przyłożyć tej babie w sklepie, wiedziałem, że nie dałabyś rady tak długo. Przestań się łudzić, że ktoś, ktokolwiek zrozumie. Nawet gdyby ktoś tak wścibski, że to by przeczytał, starał się nas, nasze decyzje, wszystko co zaszło, gdyby ktoś starał się to pojąć, myślisz, że by zrozumiał? Sami nie rozumiemy jak to mogło się stać. Żegnając się, nie dopuszczaliśmy takiej możliwości, mimo że, jak sama mówisz, oboje byliśmy bezustannie na granicy płaczu. Nie przyjmę z powrotem tych pieniędzy, nie mam na myśli, że na nie zapracowałaś, po prostu są Ci teraz potrzebne, może jak nigdy wcześniej. Wierzę, że nie są nam przypisane żadne role, że możemy, jeśli zechcemy coś zmienić. Rozumiem, że różnica wieku jest duża, nie mniej, sama rozumiesz. Proszę, wszystko co powiedziałem gdy się pakowałaś, wszystko to była prawda. Nie musimy być samotni, nie zapijając się, czy sprzedając. Rozumiem doskonale, że to nie bajka o Kopciuszku, rozumiem z jakimi problemami przyjąłbym Cię pod swoje skrzydła. Tak bardzo chciałbym Cię mieć w domu. Przemyśl to raz jeszcze proszę, to ma szanse się udać, My mamy szansę! Zamieszkaj ze mną, przecież to, co między nami jest, nie sposób nazwać tego inaczej jak miłość!
Ocknij się. Nie udawajmy więcej. Jeśli masz z tym problem, trudno, nie pomogę Ci. Układ jest prosty;
ja płacę, Ty jesteś kurwą. Możesz zamknąć oczy, bylebyś zaczęła go ssać.
Pamiętaj żeby połknąć.
Siedzieliśmy tam we dwoje, wsłuchując się w wielkie single. Chłopaki jeździli w tę, i z powrotem po pustym, betonowym placu. Podałem jej napój. Obracała go chwilę w dłoni, bawiła się jak z kutasem, spróbowała i splunęła. Zupełnie jak z kutasem. Chuju, skurwielu; tak krzyczała. Wymachiwała łapami, a luźna skóra powiewała, wydymała się i naciągała jak u lotopałanki. Chłopaki stali w rozkroku, z warczącą stalą między nogami. Na ki chuj się gapicie; wrzasnęła i rzutem za trzy pierdolnęła któregoś butelką. W większości się śmiali, ale ten z rozwaloną głową wyciągnął z kieszeni, i Trzask, rozłożył całkiem klasa sprężynowca. Już siedziała cicho. W życiu nie widziałem jej tak spokojnej. Ktoś puknął tamtego w ramię. Złożył nóż i z rozciętym łbem pojechał w swoją stronę. Inny zsiadł z motoru, podszedł do mnie. Pijesz młody? Powiedziałem, że nie, że tamta butelka to tylko napój. Dlaczego właściwie młody prowadzasz się z taką starą kurwą? Nie jest taka stara. Mogłaby być twoją matką. Możliwe, że jest. Pyskaty z ciebie koleś, nie lubię takich chujków. A ja nie lubię jak ktoś przypierdala się do moich kurew. Siedzieliśmy i patrzyliśmy jak chłopaki jeżdżą w tę, i z powrotem po betonowym placu. Słońce chciało zajść, ale nie mogło, jak każdego wieczoru, brzydząc się chować za wieżowce z płyty. I nie wiem kiedy, nie wiem czemu zrobiło mi się smutno. Chłopaki zaczęli zwijać się z placu, słońce się przemogło, otworzyło przepustnicę i spadło za bloki, nocne chmury zawisły nade mną. Coś, jak nic – dobranoc. Dobranoc dobre miasto. Zagram Ci na harmonijce. Skończ z tym SKURWYSYNU! Chcemy, kurwa, spać!
To był najzwyklejszy dzień. Gorąco, trochę wiało. Siedzieliśmy i gapiliśmy się na motory. Opijaliśmy życie przegrane na starcie, drwiąc z gnających za pracą i chlebem. Pierdoliliśmy wszystko, byliśmy głupi, byliśmy młodzi, byliśmy otumanieni winem i słońcem, i perspektywami, kurwa, perspektywami. Mieliśmy zdobywać sześciopasmowe autostrady, panienki miały same kłaść się na chodniku, byle pod nas wleźć, a pieniądze i reszta miały znajdować się same. I nie dam nawet głowy, czy tak było naprawdę, czy to nie tylko kilkadziesiąt, może kilkaset dni zlanych w jedną, krótką opowiastkę. W każdym razie mijał dzień, siedzieliśmy na betonie, zdążyliśmy się upić, wytrzeźwieć, spalić słońcem, zmarznąć i zmoknąć. Mijał dzień, minął prawie, i teraz chylił się ku końcowi. Masa głupot, których już nie pamiętam, bo kto by spamiętał, przewalała się nam między głowami. Pewnie coś o przyszłym życiu, panienkach, forsie i motorach. Zaczynaliśmy gnić i ginąć, a kiedy zapadł zmierzch, nocne robactwo wypełzło spod kamieni, i zabłysnęły okna burdeli, mieliśmy naprawdę dość. Jeszcze tylko zapalił papierosa, i patrząc w okna dwunastopiętrowców powiedział, że to był dobry, długi, ale dobry dzień. Umilkł, zaciągnął się jeszcze i dodał;
Opisz to, opisz to tak, żebyśmy nie zapomnieli. Opisz to jak Bukowski.
pana apoloniusza zaczynała dzień, gdyby nie był, dzień, słoneczny, dzień, deszczowy, dzień dobry
Tak, tymczasem rozmawiamy o poważnych sprawach; liberalizacji dostępu do broni, zwiększeniu uprawnień straży miejskich, o pozbywaniu się kamienia z czajnika. Jakiś czas temu rozgorzała dyskusja, czy by nie podładować się bateryjką, wiecie, jedną z tych AAA, w których próbowano przemycić kokainę. O ileż to sprytniejsze, od ukrywania towaru w zwłokach, przerzucaniu miniaturowymi łodziami podwodnymi, czy przesyłaniu pocztą dyplomatyczną. Sam pomysł już jest świetny, a wykonanie! Bomba! I nie było trzeba wielkiej linii technologicznej, a jedynie sprawnych rączek niewolniczo pracujących dzieci z kraju czwartego świata, no, plus paru przyrządów dźwigniowych. Więc jak wpadli? Kilka tysięcy bateryjek wzięto za takie zwykłe, co trzymają w brzuszkach prąd. Trafiły do kiosków, klientów, od nich z reklamacją do producenta, a tam, najpierw do czyjegoś nosa, potem krwiobiegu, w końcu do mózgu, a to już nie uszło uwadze. W końcu, nie trudno przegapić pracownika z działu kontroli jakości, starającego się rozpieprzyć jak najwięcej „koszernych” bateryjek, i wciągnąć resztki noskiem. Prawda, że bardziej wyszukane niż nasączanie papieru do mięsa olejkiem z konopi? Niestety Pana Apoloniusza nie miała niezwykłych przygodów, powyższa historyjka nie miała miejsca, acz sam pomysł, pogratulować autorowi, gotów jestem odsprzedać prawa. Pana Apoloniusza siedziała pan w domu, czekając tylko, żona wyjdzie, to dorwać się do RedTube'a. Żadne nadzwyczajne historie... gdyby nie fakt, że Apoloniusza lubiła na ręcznym jechać z poślizgiem, a w fabryce lubrykantów młodemu, pierwszopiętnastominutowemu pracownikowi nieco kwacha wpadło się do tej tubki, którą właśnie rozbrajał Panu Apoloniusza. Następnych kilku godzin Apoloniusza nie zapamięta na całe życie, zmieni jednak bieg historii swojej ojczyzny, kontynentu, świata, a nawet wpłynie na los galaktyki! Bo będzie fajnie. Panu Apoloniuszu walczy, zdobywa kobiety, mężczyzną nie wzgardzi, gwałci neofaszystów, trafia przed sąd ligopolskorodzinny, zwolniony za kaucją trafia do hipisowskiej komuny, gdzie zostaje punkiem, zostaje porwany przez emoboysband z Radomia, walczy o życie, i przegrywa z wielką kałamarnicą miniaturką, rozdmuchuje krew ze zbitego kolana, żeby mieć na nodze fajnego, brunatnego pajączka, podpala Wisłę i zawraca jej bieg, i wiele, wiele, wiele, wiele innych, niedorzecznych, i dorzecznych jak wysadzenie kilku siedzib ZUS, tak, on robi. Jeśli chceciesiesz dowiedziec przygód Apoloniusza, śledź szlaczki, robaczki na telewizorze, jak na wpół zmrużone oczy, i jak chcesz to wyślij esemes Tak, jak nie chcesz wyślij, Niechcem, a jak masz w dupie, albo właśnie wyprowadzasz psa, czy jedziesz na ręcznym, czy rżniesz pannę na krześle, czy przepierdalasz ostatnie pieniądze na nóż sprężynowy, to wiedz, że nie jesteś wyjątkowy, czy wyjątkowa, czy wyjątkowe, to jest nieniezykłe, i w ogóle, co Ty się równasz z Panu Apoloniuszu, kurwa twoja piredolona mać!
Nie wiem skąd to mam. Słucham Trójki, gapię się po ciemku w sufit, zastanawiam się gdzie Przekrój z tego tygodnia mi się podział, przewalam się z boku na bok. Albo piszę. Bezwiednie unoszę dłoń do ust, palce układając tak, że w przestrzeni między nimi braknie tylko papierosa. Łapię się na tym i uśmiecham. Nie paliłem nigdy nawet. To trochę jak przebłysk z innego, poprzedniego może życia. Momentami rodzą się we mnie, w ustach obce słowa, zdania, powiedzonka. To obce, a przecież w chwili pojawienia się we mnie, moje, wewnętrzne. Jestem okrutnie wulgarny, prostacki, agresywny. W środku. Hoduję w sobie zwierzę, potwora któremu nie daję ujścia. Mam wrażenie oderwania. Uwięziony w niedopowiedzeniach. Choroba jest niepotwierdzona, zdrowie wątpliwe. Filary są słabe, budulec niewłaściwy. Jaki byłby dobry czas, i czy jakiś byłby właściwy? Nie ma lepszych i gorszych dni, w kwestiach ostatecznych. A kiedy chwycić się za zmierzwione włosie na głowie, nic nie staje się łatwiejsze. Mijają się światła, ciężarówki w mętnym świetle, w zupie za oknem, w ciężkiej głowie. I nie mam ochoty się bawić. Mam zamiar w coś solidnie przypierdolić. Ale, ale, panie cwelu, mierz siły na zamiary. Przez tę całą chorobę niewiele z Ciebie zostało. I nie sądzę, żeby cokolwiek mogło uleczyć, zmienić, poprawić, czy wymienić olej. Niby się pozacierało, a wszystko chodzi jak w ruskim budziku. No, po swojemu chodzi. I niby pieniądze, otoczenie, pogoda, czy plamy słoneczne miałyby mieć jakiś wpływ? A jak nie? Więc? Skoro nie, to o co chodzi? Gdzie leży przyczyna tego dziwnego stanu, i czy jest jakaś w ogóle? Czy nie jest tak, że przeszliśmy, pardon, ja przeszedłem na tym, nad sobą, nie, może jednak nad tym, do, kurwa, zgubiłem słowo, no, że to norma, nie? I jeżeli w kółko coś powtarzać, nie jak mantrę, a raczej mruczankę psychotyka, to zadziała jakaś siła wyższa i coś obok się zmieni, czy to w główce się poprzestawia, tam zacznie cóś sygnały inaczej postrzegać, czy wszystko zostanie po staremu, nagi kretyn przed komputerem w środku nocy. Nagi kretyn jak na razie nie gada do siebie, zbyt często, natomiast naszła go ochota zrobić figla. Pójdzie spać.
Niezły z tego może być bajzel, jeśli Ty i ja się zejdziemy. Jeśli się znajdziemy, do stołu siądziemy.
Lejdis'en'dżentelmeny, mamy ja wa tu okazje przedstawić; kurwów, okowita, zbrodnia w aktach trzech, ze przezabawnym suplementem.
Akt pierwszy. Niecny postępek pana Macieja względem panny Małgorzaty.
Oooo'taaa. Ooo-tak. Oo, ooo taaak. Panu Macieju ciąga, szarpa struny. Panna Małgorzatka śni pod prysznicem jego długie palce. Wszystko, wszystko dziś ułoży się jej dobrze. Niecny, niecny panu Macieju.
Akt drugi. Jose el Loco opowiada historię czarnego światła.
Panienki Małgosia i Aleksandra z otwartymi buziami klęczą na podłodze. Jose opowiada.
Akt trzeci. Co też dużo gadać, libacja, upadek obyczajów na planecie małp i degrengolada generalnie. Chętnych odsyłam do Google, o ile wam mamy-taty nie poblokowali, przez ramię nie patrzą, wrzućcie „Teen Tits”, resztę sami ogarniecie. Miłej zabawy.
Suplementa! Wszysko dobrze się kończy, Huragan wychodzi z mamra, Mackie Majcher idzie na wieczorny spacer po Soho, operatorzy sztanc gramolą się do łóżek, brudnymi stopami mnąc krochmalone prześcieradła.
De'enda.
Majstersztyk. Tej, weź, dej to aktoru temu, czy innej. Będą grali w teatrze. - Powiedziało chuju odtrącając szpunt.
Dom.
I doł. I grają.
Niezły z tego może być bajzel, jeśli przyjdzie nam do głowy zacząć od nowa. Zostało po staremu, jak zostawiliśmy; ławki z wiórowej płyty, gołe żarówki, gazety na goły beton. Czymś trzeba było wypełnić te trzy czwarte doby, kiedy nie jadło się i nie spało. Travelin' Band, Jerry Lee Lewis i John Fogerty, też im niezgorsza szło. Dawaliśmy hałasu.
Niewerska. Sarnim rogiem gardło, rogiem. Media nadinterpretują. „Niekoniecznie zabójstwo, mógł być wypadek”, mówi adwokat, syn sędziego.
Kopenhaga nocą.
Nic nie mówiąc, starając się sprawiać wrażenie, jakbym zupełnie nie chciał się odzywać, jakbym nic absolutnie nie miał do powiedzenia, żeby nikt sobie nie pomyślał, stoję w progu. Długie chwile wahania. Sparowanie wścibskich spojrzeń. We wszystko trzeba włożyć tyle wysiłku! Powłóczystym krokiem zbliżam się ku światłu. Ulepiona ze skargi i łoju twarz wtyka mi spojrzenie w rozchylone usta. Chwilę to trwa, policzki mi się zapadają, wargi przygryzam, drży podbródek. Zbieram się w sobie, nabieram powietrza, puchnę. Chce przełamać wszelkie dzielące nas różnice, chcę dotrzeć do stojącego naprzeciw mi człowieka. Pragnę zbliżyć się z bliźnim i z Bogiem! Chcę dobra, chcę je czynić, chcę nieść dobrą nowinę! Eksploduje we mnie radość, uwalniają się skrywane pokłady miłości, uśmiechu, empatii. Krzywię się w obcym zupełnie grymasie. Chcę wykrzyczeć, że jest dobrze, że jesteśmy razem, że piekła nie ma, a raj jest tu, między nami, starczy go jedynie odnaleźć, odkopać, odgrzebać, zdmuchnąć kurz. Gotów zacząć śpiewać czynię pierwszy gest. Dłoń, palec wskazujący unoszę, chcę wskazać, gdzie między nami leży „dobro”. Niezauważenie mijam ten punkt, unoszę dłoń wyżej, wyżej i wyżej. Palec wskazujący. Nie ma już dla nas ratunku, do końca zostaniemy obcymi sobie ludźmi, nie będziemy za sobą tęsknić i płakać. Wszystko pogrzebane, stracone. Pełen goryczy wyznać chcę jeszcze swój grzech zaniechania, chcę błyskawicznej spowiedzi przed bliźnim! Nieunikniona jak śmierć chwila wyznania. Odkupienie, czy potępienie? Chcę wiedzieć! Teraz. Teraz! TERAZ!
Proszę masło.
Skocz mi na fleta...
I tylko te rzadkie wiadomości przypominają nam. Dziecinnie pytamy; dlaczego, po czym wracamy ryć dziury w ziemi. Gotowi zabić gołymi rękami. Lub czynić dobro, ale dobro ma kiepski PR. Niegotowi zrozumieć ziemi, nie będziemy drzewami. Niegotowi zrozumieć wody, nie będziemy rybami. Utknęliśmy w martwym punkcie.
Trzynasty grudnia, dochodzi czwarta. Śpią, nie przeszkadzają im białe plamy latarń. Mnie nie dają spać. Październik i listopad, zawsze były mi najprzyjemniejsze, z początkiem grudnia natomiast, kres przychodził wszystkim gierkom. Szlifowanie bruku, pociągi, dworce, potrzeba znalezienia jakiegoś ciepłego kąta, gdzie osłonić można by się od wiatru i przed ludźmi skryć.
Nie mogę spać. Kolejną noc. Kolejny rok. Myślę, żeby to poukładać, co dawno już na miejscu, a co kurz przykryć zdążył. W takim razie poukładać na nowo, a że stare się sprawdza, cóż. Zawsze wychodziłem z założenia, że sprawdzonych rozwiązań zmieniać nie warto. Sam sobie jednak jestem żywym dowodem.
Wiatr niezmożenie, acz nieprędko, ponad miastem przesuwa szary, w latarnianej poświacie, dym. Punkt czwarta. Rozpala się iluminacja kościoła, a w chwilę potem światło w pierwszym, drugim, i kolejnym jeszcze oknie. Żadnych przechodniów bez celu, żadnych samochodów. Raz na jakiś czas przemknie ciężarówka, wzbijając fontanny z burych kałuż, poza tym nic.
Trzynasty grudnia, minęła czwarta, czekam na świt. Godziny samobójców. Co w taką porę można ze sobą zrobić, czym głowę zająć, żeby nie rozpamiętywać, nie pogrążać się? Przechodzi mnie dreszcz, kiedy udaje mi się wypatrzeć za oknem rowerzystę. Przemyka obok niego ciężarówka, i jeszcze jedna. Następny umęczony somnambulik, chcący zrzucić na inne barki winę za swoją śmierć, bojący się pociągnąć za spust, założyć pętlę, pchnąć we własną pierś nóż?
Różowa, z odcieniem pomarańczu i dozą nocnego granatu, przechodzącego może w fiolet. Poświata ponad miastem, sycona światłem rtęciowych lamp. Pierzyna ulepiona z ciężkiej wydzieliny nisko wiszącej chmury i świetlnego zanieczyszczenia. Jej zawdzięczam sposobność tak wnikliwej obserwacji.
Myślę o Malme. Czy wam też zdarza się myśleć o Malme? Albo o Rejkiawiku, albo Kopenhadze? Bezustannie przebija mi się do świadomości, że Malme jest. Że to nie wymysł, że są też mecze hokejowe, walki bokserskie, wyścigi hartów i walki kogutów. Niebywałe, że właśnie ktoś, choćby na drugim końcu świata, wertuje właśnie sportowe statystyki. Chcąc obstawić wysupłuje ostatnie oszczędności. Wszystko to w zestawieniu z pełną chabrów polaną jest niesamowicie brutalne.
Nozdrza rozszerzają się, policzki nabiegają krwią. Gęsta plwocina zbiera się na koniuszku podniebienia, drażni. Nie jest częścią mnie, chcę się jej za wszelką cenę pozbyć. Wszystkie próby kończą się fiaskiem. Oczy wilgotnieją, kolana przy najmniejszej próbie ruchu trzeszczą, dając wyraz swojej chęci powrotu do poprzedniej, o ileż mniej wygodnej pozycji.
I nie ma nikogo, kto o tej godzinie wyszedłby na ulicę, i ryzykując przymarznięcie ust, zagrałby na harmonijce.
A za kilka godzin, wcale niedługo, w piekarniach kupią pierwsze ciepłe bułki. Będą jej dawać dzieciom, jeść sami, przed wyjściem do szkoły, do pracy, starając się zapewnić sobie energię na kolejny dzień w krainie umęczenia.
Ależ jest całkiem szczęśliwie, jeśli tylko nie martwić się o wielką politykę, i na tyle móc się oderwać, aby nie martwić się i o byt. A nie sposób się nie martwić. Brak zmartwień jest przywilejem dziecięcym, wyłącznie. Jeśli komu do głowy przychodzi, zamożniejszych odrobinę również tu podciągnąć, niech zapomni. Niewielu dane w dorosłości zaznać oderwania, a i to najczęściej chorym psychicznie.
Trzynasty grudnia, dochodzi piąta. Zaczynam się miotać. Pogłaskałem kota, zaparzyłem herbatę, nie znalazłem ukojenia. Proszę, rozpaczliwie już, o każdy kolejny ruch wskazówki zegara. Wybija piąta. Nie wiem. Jestem osłabiony, ale nie chcę spać. Nie mogę. Minuta, dwie po. Nie mogę złapać równowagi, z sekundy na sekundę tracę siły. Przyglądam się sobie w brudnej szybie. Raz i drugi przeczesuje dłonią włosy. Kurczowo trzymam się klawiatury, jakby zaraz miało się coś... Tymczasem nie dzieje się nic. Nie mrugnę okiem, minął kwadrans. Dalej gapię się w szybę.
Bezpłodni, bezbronni, bezdomni, są bez szans w starciu z cwaniakami trzęsącymi światem. Choćby to był ich własny, plugawy, pokraczny świat taniego, brutalnego erotyzmu, są w nim osaczeni i bezbronni. Jakie właściwie mają oczekiwania od życia ludzie „bez”, ludzie z defektem? Pragnienie zapełnienia ubytku, czy zrównania wszystkich sobie? Pragnienie uwolnienia, czy zniewolenia wszystkich, by nie czuć się samotnie?
Czy nie jestem, kurwa, genialny? Sami powiedzcie, jestem, prawda? Kiedyś wiązałem petardy do dezodorantów, rzucałem to komu popadło pod drzwi. I niewiele się zmieniłem.
Jest w Was coś co każe mi Was nienawidzić. Jakbym domniemywał podświadomie, że podcieracie się niewłaściwie, że przejawiacie niezdrowe zainteresowanie, czym wycieram się po seksie, że czekacie na chwilę słabości. Może głosujecie na skrajną prawicę, czy skrajną lewicę. Może udaje wam się je w ogóle rozróżnić, co mnie przychodzi już z trudem. Mam z Wami problem, jesteście mi bez wątpienia potrzebni, kiedy trzeba pożyczyć pieniędzy, przewieźć meble, dowieźć żarcie, podać lekarstwo, gdy wpadnę w chorobę, czy papier, kiedy utknę na kiblu. Albo seks, albo tani seks, czy choćby tańszy seks. Kiedyś. Bozia jedna wie na cóż możecie mi się zdać. Na dobranoc, alleluja, na poranne odrętwienie. Sterta brudnych łachów rośnie, zamieść ktoś mógłby. I to jest naturalne. Jasne. Bo jak Was potrzeba, to robicie sobie wakacje. Daleko szukać nie muszę. O, choćby wczoraj, zakup trzeba było zrobić, a tajemnicy robić nie będę, że zakupu dokonać nie było komu, też musiałem iść sam.